szukaj
Wyszukaj w serwisie

Francuskie ciasto, klucz, piesek – a co niegdyś było “polskie”?

Artur Hanula / 22.05.2019
fot. Pixabay.com
fot. Pixabay.com

Poproszeni o wskazanie czegoś, co kojarzy nam się z Francją, zapewne bez trudu podamy przynajmniej kilka propozycji, np. ciasto francuskie, francuski klucz czy francuski piesek. A teraz wyobraźmy sobie nieco inną sytuację: jesteśmy w Paryżu w XVII albo XVIII wieku i przedstawiamy się jako Polacy. Zastanówmy się, jakie pierwsze skojarzenia najprawdopodobniej pojawiłyby się w głowie naszego francuskiego rozmówcy?


“Kołtun się jeży”

Pierwsze z tych skojarzeń, do którego nawiązał Wojciech Cejrowski w tytule jednej ze swoich książek, jest chyba niezbyt pozytywne. Jędrzej Kitowicz, kapłan i historyk polski, pisał tak: „lubo się znajdują w całej Polszcze i Litwie dosyć obfito”, szczególnie na Mazowszu występowały „osobliwie miedzy chłopstwem (…) tak dalece (…), że między trzema głowami chłopskimi dwie musiały być kołtonowate”. Były bardzo różne: „drobne, grube, pojedyncze, na kształt czapki, podzielone w sznury, gładkie albo też na końcach węzłowate”. Mowa oczywiście o kołtunach.

To może nieco dla nas tajemnicze słowo pochodzi od czasownika “kiełtać się”, czyli kołysać. Chodzi o kołysanie się poklejonych kudłów, czyli zbitek włosów. Niegdyś sławne również na Zachodzie Europy, zdecydowanie dłużej przetrwały w Europie Środkowo-Wschodniej. Jak łatwo się domyślić, kołtuny powstawały na skutek braku higieny, ale i przesądów ludowych, a nawet… twierdzeń naukowych.

Najdłuższy zachowany kołtun, znajduje się w Muzeum Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, pochodzi z XIX w. i mierzy po rozwinięciu 1,5 m długości., fot. pracownik Katedry Historii Medycyny Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, wikimedia (na licencji CC BY-SA 3.0)

Przez bardzo wiele nawet tęgich medycznych umysłów kołtun był uważany za przejaw choroby reumatycznej – gośćca. Miała to być choroba zakaźna, a jednymi z głównych jej nosicieli byli podobno Polacy. Należało również trzymać się z dala od polskich czarownic, gdyż te “życzliwe” istoty mogły delikwenta łatwo obdarować chorobą. W języku łacińskim na kołtuna mówiono “plica polonica”.

Jakie objawy mogły występować u kogoś, kto nosił kołtuna? Najczęściej wymieniało się zaćmienie w oczach, łamanie w kościach i womity (dawne określenie wymiotów). Dlaczego zatem najzwyczajniej w świecie nie wycięto kołtuna i problem (dosłownie) z głowy? Nie było to takie proste… Sądzono bowiem, że takie posunięcie może spowodować wystąpienie u pacjenta głuchoty, ślepoty, krwotoku, śmiertelnych konwulsji, a nawet pomieszania zmysłów.

No dobra, a jeśli już ktoś zdecydował się ściąć kołtuna? Wtedy pozostawało już w zasadzie tylko jedno rozwiązanie: czym prędzej udać się do świątyni i zostawić tam pozostałości po “operacji”. W ten sposób człowiek chronił się przed tzw. zemstą kołtuna, czyli wyżej wymienionymi chorobami.

Możemy dodać, że jeszcze na początku XIX w. poważni lekarze sądzili, że zachorować na kołtuna szczególnie łatwo mogły kobiety w ciąży.

Dopiero z biegiem lat zaprzestano wiązania różnorodnych przypadłości z obecnością lub brakiem kołtuna. Na tym polu szczególne zasługi trzeba przypisać tym, którzy propagowali higienę i częste mycie włosów jako najprostszy sposób na skuteczną walkę z kołtunem, choć aż do czasów Polaka Antoine de Paris Cierplikowskiego >>> wcale nie było to zjawiskiem powszechnym.

Polski most, czyli ratuj się kto może

Wiemy już, że skojarzenie z polskim kołtunem raczej nie wzbudzało w człowieku pozytywnych emocji. A jak było z mostem? Jaki obraz rysował się w głowie takiego Francuza, który usłyszał o Polaku i polskim moście. No, niestety i tym razem było to raczej nienajlepsze wyobrażenie.  Most widoczny na poniższej fotografii to prawdziwy luksus w zestawieniu z tradycyjnym polskim mostem…

fot. Pixabay.com

W języku łacińskim funkcjonowało nawet pojęcie “pons polonicus”, czyli polski most. Jeśli ktoś nie jest przekonany co do tego, że niemal cała Europa śmiała się z polskich mostów warto, żeby zapoznał się z następującym powiedzeniem: “polski most, niemiecki post, włoskie nabożeństwo, to wszystko błazeństwo”. O co chodzi w tej sentencji? A no o to, że Polacy nie słynęli z wybitnych fachowców na niwie technologii, Niemcy byli słabi w umartwianiu się, natomiast wśród Włochów przejawy prawdziwej, szczerej pobożności, nie były czymś powszechnym.

Warto dodać, że w dawnej Polsce wielu podróżnych zamiast skorzystać z “luksusu” przejazdu przez polski most, wolało zmierzyć się z wodą i w ten sposób przedostać się na drugą stronę rzeki. Przypuszczali (i pewnie mieli w tym wiele racji), że większą tragedią może skończyć się próba sforsowania mostu niż koryta rzecznego.

I tak lepiej niż po polskim moście…, fot. Pixabay.com

A co, jeśli poziom wody był na tyle wysoki, że nieprawdopodobieństwem było przedostanie się na drugą stronę z całym dobytkiem? Wtedy podróżni mieli w zasadzie jedno wyjście, bo przecież skorzystanie z polskiego mostu bez szwanku było równie prawdopodobne jak zeskoczenie z wieży Eiffla bez spadochronu i przeżycie. Musieli naprędce zmontować coś à la most. Często pomagali im w tym miejscowi wieśniacy czy osadnicy. Z zachowanej relacji wiemy, że pewni polscy posłowie postanowili skorzystać z polskiego mostu i jak łatwo się domyślić, wylądowali z dobytkiem w wodzie. Dopiero pomoc okolicznych mieszkańców umożliwiła im dalszą wędrówkę.

Generalnie rzecz ujmując zła sława polskich mostów związana była w dużej mierze z ich przeznaczeniem: to z założenia nie miały być niezwykle trwałe konstrukcje służące pokoleniom, ale ich rola sprowadzała się do minimum jednorazowego przetransportowania nas na drugą stronę. I tyle. A czy ktoś po nas jeszcze skorzysta z pozostawionego przez nas mostu, to już jego bolączka.

W poszukiwaniu “pozytywów” – polska wódka

Skoro kołtun i most nie wypaliły to może jeszcze jedno skojarzenie z polską okaże się pozytywne. I tak w gruncie rzeczy było: cała Europa zazdrościła Polakom…  wódki. Ten tradycyjny, oryginalny, polski wyrób kojarzony był powszechnie z produktem wysokiej, pewnej jakości. O ile zdecydowana większość narodów doceniała polski specjał, o tyle przedstawiciele jednej nacji nie byli pozytywnie do niego nastawieni – tak, chodzi o Rosjan. Bodaj do dziś toczy się spór o prymat w świecie trunków: polska czy rosyjska wódka?

Musimy jednak pamiętać, że przez wieki wódka nie dostarczała jej użytkownikom jedynie wartości rekreacyjno-towarzyskich, ale widziano w niej także złoty środek na wszelkie dolegliwości: mogła pełnić rolę syropu, służyła jako maść, itp. O zgrozo, jakiś geniusz wpadł na pomysł, że alkohol powinny stosować kobiety w ciąży i dzieci, co jego zdaniem ułatwiało zasypianie. Tak wynikało z jego spostrzeżeń… Zaznaczmy, że wódka stosowana w celach leczniczych miała nieco mniej “procent” niż ta współczesna.

O popularności polskiej wódki świadczyć może też fakt, iż doczekała się kilku synonimów: okowita (łac. aqua vitae – woda życia) czy gorzałka.

A co jest lub powinno być “polskie”?

Kołtun, most i wódka – oto trzy skojarzenia, które najprawdopodobniej miałby Francuz, któremu przedstawilibyśmy się w XVII-wiecznym Paryżu. Powiedzmy sobie szczerze i jak najbardziej poważnie: tak naprawdę cała ta trójka chluby nam jako Polakom nie przynosiła. Z kołtunem i mostem już chyba mało kto nas kojarzy, ale z wódką raczej chyba tak. Niestety i wielka szkoda…

Było, minęło. Ważne jest to, z czym inni nas kojarzą obecnie i z czym powinni kojarzyć. Czas na wielkie badanie PolskiFR! Zapraszamy wszystkich Czytelników do wpisywania w komentarzach własnych propozycji: z czym Polska jest obecnie kojarzona i z czym powinna być? A może jest kojarzona z tym z czym powinna? Może uda się zebrać ciekawe wyniki.

Serdecznie zapraszamy!

W przygotowaniu tekstu wykorzystano informacje zaczerpnięte głównie z: Polimaty 2, wilanow-palac.pl, Podróże z historią

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Avatar użytkownika, wgrany podczas tworzenia komentarza.


2024-04-23 23:15:11