szukaj
Wyszukaj w serwisie


S. Lidia, jubilatka: Spotkałam Boga przy obieraniu ziemniaków

TS/AH / 08.07.2022
fot. archiwum s. Lidii
fot. archiwum s. Lidii

50-lecie ślubów zakonnych to piękny odcinek czasu. Tyle lat w zakonie ma za sobą s. Lidia Bargiel, Serafitka, na co dzień pracująca we francuskim Montmorency. Publikujemy wspomnienia i przemyślenia s. Lidii w kontekście tego pięknego jubileuszu. A przy okazji życzymy wszystkiego najlepszego na dalszej drodze zakonnego życia.


S. Lidii dziękujemy też za systematyczne dzielenie się z czytelnikami polskifr.fr wieściami oraz zdjęciami z Montmorency.

*

Dom  – miejsce, z którego młody człowiek wynosi określony świat wartości

Tato ciężko pracował jako kowal w swojej wiejskiej kuźni. Mamusia wychowywała czwórkę dzieci i prowadziła z tatą niewielkie gospodarstwo, gdzie i my jako dzieci pomagaliśmy sadzić, kopać ziemniaki, suszyć siano i zbierać zboże nam i sąsiadom.

Po nauce w szkole wracaliśmy szybko do domu, by pomóc w polu rodzicom. Szliśmy do szkoły pieszo 2 km a zimą rzeką, by się trochę poślizgać na lodzie. Nie było czasu na piłkę czy inne rozrywki albo wycieczki. Uczyliśmy się przy lampie naftowej lub karbidowej.

Jako dzieci obserwowaliśmy życie rodziców pełnych poświęcenia, wymagających od siebie i od nas także.

Wyrosłam w atmosferze religijnej biorąc udział z tatą w parafialnych przedstawieniach religijnych. Tato został także kościelnym w pewnym okresie, więc wtedy wszyscy byliśmy blisko kościoła. Zamiatanie mokrym trotem kościoła, dzwonienie dzwonem na Msze. Mama prała bieliznę kościelną. Tato dojeżdżając na rowerze do pracy, woził mleko w bańce na kierownicy na plebanię.  Wypłatą za prace było chodzenie kościelnego po kolędzie z księdzem, a na Wielkanoc zbierałam od ludzi jajka biegając od domu do domu. Często także brało się kilka jajek z domu i szło do sklepu sprzedać, aby kupić za nie chleb czy masło.  Latem zbieraliśmy jagody, jeżynę, głóg, kalinę, by sprzedać w skupie i by było za co żyć. Mama zajmowała się także szyciem pantofli chałupniczo w wieku emerytalnym. Przyjmowała też w domu młodych przygotowujących się do małżeństwa, prowadząc przy parafii poradnię świadomego macierzyństwa.

Parafię od początku jej istnienia, czyli od 1952 r., prowadzą Ojcowie Kapucyni.  Ja chrzczona byłam jeszcze w sąsiedniej parafii.

Dom nasz był zawsze otwarty dla każdego, często w niedziele przychodzili sąsiedzi na pogaduszki, naukę kolęd, oklejanie gwiazdy dla kolędników, przygotowywanie ozdób choinkowych.

Tato był utalentowanym muzykiem, grał na skrzypcach i pięknie śpiewał. Grywał na weselach, a mamusia była gospodynią i piekła placki. Stąd pewnie ja lubię kucharzyć, a mój brat gra na kilku instrumentach i pięknie śpiewa. Cała rodzina jest muzykalna.

Pierwszą Komunię miałam wraz z moim bratem. On z I a ja z II klasy. Było kakao z bułką dla wszystkich dzieci na śniadanie po Komunii i żadnych prezentów nikt nie otrzymywał. Cieszyliśmy się różańcem i książeczką.

W 15 roku życia poszłam do szkoły średniej, a mój brat o rok młodszy do niższego Seminarium. Po studiach został wyświęcony na kapłana w zakonie Ojców Kapucynów; on miał święcenia kapłańskie, a ja śluby wieczyste w zakonie Sióstr Serafitek. Dlaczego u Serafitek? Otóż w szkole średniej w wakacje jechałam do pracy w kuchni do Ojców Kapucynów, by sobie zarobić na książki. Wtedy tam pracowały Siostry Serafitki i ja z nimi. Jednego dnia obierając ziemniaki w obieraku naszła mnie myśl pójścia za Chrystusem, która mnie najpierw przestraszyła i nie opuszczała. Robiłam wszystko, by się od niej uwolnić. Po maturze przygotowałam z dziewczynami sale na komers i pojechałam z chłopcami upośledzonymi z Białki Tatrzańskiej z DPS na wycieczkę do Szczyrku. Od tego momentu zostałam w rodzinie Sióstr Serafitek.

 

On jest ze mną – droga życia w klasztorze Sióstr Serafitek

Takie właśnie czynniki wpłynęły na moje spotkanie z Panem.

W latach 1965-1970, nie można było wychodzić z internatu do kościoła. Spuszczałam się oknem, by iść do kościoła, obrywałam guziki u płaszcza.

Po roku postulatu w Białce przy dzieciach upośledzonych odbyłam roczny Nowicjat w Oświęcimiu, poznając Regułę Zgromadzenia i jego duchowość oraz życie codzienne Sióstr, połączone z modlitwą, pod okiem Założycielki, Matki Małgorzaty Szewczyk.

W Krakowie w Domu Generalnym byłam zaraz po pierwszych ślubach, i rok chodziłam na Wyższy Instytut Katolicki u Sióstr Urszulanek.

Droga życia w klasztorze była dla mnie wyjątkowa, tak bym ją określiła po 50 latach ślubów zakonnych.

Będąc Juniorystką wyjechałam do Francji, by tam pomóc siostrom w pracy przy chorych. Całe lata pobytu we Francji były czasem formacji. Najpierw nauka języka, potem szkoła pielęgniarska, następnie praca przy chorych.

Moje życie w początkach powołania kształtowało się w dość nietypowych warunkach. Obcy kraj, nieznajomość języka, a następnie szkoła pielęgniarska i egzaminy.

Prosiłam Pana by dał mi potrzebne łaski do sprostania temu zadaniu jakie mi wyznaczył.

Czułam się zawsze na swoim miejscu zadowolona z tego co robię, bo wierzyłam, że On jest ze mną i mnie posyła tam, gdzie chce, posługując się przełożonymi.  Nie powiedziałam nigdy „Nie” i dlatego Pan mi błogosławił i błogosławi choć sił ubywa. Staram się jeszcze pomagać tym co potrzebują pomocy.

Dziękuję Bogu za dary jakimi mnie obdarzył i pozwolił zobaczyć Jego piękny świat w służbie Jemu w braciach.

Wysłał mnie też Pan do Oranu w Algierii, gdzie doświadczyłam prawdziwej jedności Kościoła w malej wspólnocie katolików. Miałam szczęście żyć w kręgu osób świętych. Znałam ks. bp. Claverie’a, kilku z 19 męczenników z Algierii, Ojców Białych.

Przez okres 6 lat pełniłam w Polsce w Oświęcimiu posługę ekonomki prowincjalnej. Wybudowaliśmy wtedy dom w Kalwarii Zebrzydowskiej. Zajmowałam się też osobami uzależnionymi. Ukończyłam wtedy studia pedagogiczne na Ignatianum w Krakowie.

Moje powołanie to droga posłuszeństwa woli Bożej wyrażonej w decyzjach moich przełożonych.

Modlitwa, adoracja, spowiedź, Msza św., życie wspólnotowe są niezbędne, a raczej to podstawa w rozwoju życia oddanego Bogu. Tu kształtuje się nasze powołanie.

Momentem największego doświadczenia i zarazem szczęścia był dla mnie we Francji czas, kiedy poznałam na tyle język, by moc kontaktować się z drugim człowiekiem. Ważnym też było to, że środkiem transportu dla nas pielęgniarek były motocykle. Jeżdżąc do chorych po domach z posługą, nie zawsze to było wygodne zwłaszcza wtedy, gdy padał deszcz.

Trudnym też było to, iż nie mogłyśmy jechać do Polski z powodu paszportów i wiz jakie wtedy obowiązywały. Jedna z naszych sióstr umierała w 47 roku życia i nie mogła się pożegnać z mamą w Polsce, bo nie było możliwości. Co 3 lata jeździłyśmy do Polski. Samochodem się jechało, by móc zawieźć potrzebne rzeczy w Polsce. Kontrole, kolejki na granicach utrudniały życie.

Podejmując prace wśród chorych na obcej ziemi chciałyśmy zachować swoją tożsamość, a jednocześnie przyjąć ludzi takimi jakimi są. Każdego człowieka uszanować z jego kulturą, religią i kolorem skóry.

 

Recepta na kryzys powołań

Kryzys powołań to ogólne znieczulenie w społeczeństwie na wartości duchowe; rodzin coraz więcej rozbitych, dzieci poranionych przez brak miłości i rożnego rodzaju uzależnienia.

Komórki i łatwość kontaktu ze światem wirtualnym z jednej strony ułatwia życie, a z drugiej rozbija wspólnotę, nie zwraca się uwagi na drugiego człowieka i nie słucha. Ludzie są samotni bardziej niż kiedykolwiek. Jesteśmy uzależnieni gorzej niż narkomani.

Zatraciliśmy nawet w zakonach ducha modlitwy i kontaktu osobistego z Bogiem. Modlitwa o powołania  – czy ona jest prawdziwa? Jakie powołania chcemy dziś mieć? Powołania do świętości życia i ofiarnej miłości najbardziej potrzebujących? Czy wygodnego życia?

Dziś młody człowiek szukający drogi życia musi się określić i wiedzieć Kogo szuka i czy jest zdolny do podjęcia tej drogi. Warto ryzykować i zaufać, by powiedzieć „Tobie Panie zaufałem, nie zawstydzę się na wieki”.

Osobiście dziękuję Bogu za wszelkie łaski jakich mi udzielił w dotychczasowym życiu i udziela każdego dnia w Jego służbie. Zdaję sobie sprawę z mojej grzeszności i niewierności, ale liczę na Jego miłosierdzie i proszę o łaskę spotkania się z Nim w wieczności, gdzie ujrzymy Go twarzą w twarz.

Tak mi dopomóż Bóg!

s. Lidia

*

Warto przeczytać również:

Jubilé de 50 et 25 ans de la vie religieuse à Auschwitz chez les Soeurs Franciscaines. Jubileusz 50 i 25 lecia ślubów zakonnych Sióstr Serafitek w Oświecimiu. 25.6.2022f >>>

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. dzięki uprzejmości s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

fot. dzięki uprzejmości s. Lidii

fot. archiwum s. Lidii

Jedna odpowiedź do “S. Lidia, jubilatka: Spotkałam Boga przy obieraniu ziemniaków”

  1. Halina pisze:

    Ogromnie ciekawy wywiad z Siostra Lidia Serafitka. Bogate zycie, energia, szczodrosc i oddanie innym -nduchowo i zawodowo. Zycze Siostrze wspanialej i dlugiej kontyunacji !
    Halina Krzakowska – Moulin, Montmorency

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Avatar użytkownika, wgrany podczas tworzenia komentarza.


2024-07-19 23:15:14