szukaj
Wyszukaj w serwisie


Przyjdź. Zobacz. Rozeznaj!

S. Klara, bernardynka / 03.05.2026
fot. pompi, pixabay.com
fot. pompi, pixabay.com

S. Klara, bernardynka, opowiada o powołaniu, jego rozeznawaniu i życiu nim na co dzień. Przedstawia też świadectwa współsióstr. W sobotę 2 maja dobiegł końca Tydzień Modlitw o Powołania.


czytaj też: >>> S. Amata Nowaszewska CSFN: Powołanie to szczęście <<<

>>> Więcej o siostrach bernardynkach z Warty na kanale YouTube <<<

Powołanie do życia zakonnego – opowieść o ciszy, która woła po imieniu

Są takie momenty w życiu człowieka, które nie przychodzą jak gwałtowny wiatr, ale jak delikatne poruszenie serca. Nie zawsze da się je od razu nazwać. Czasem bardziej się je przeczuwa, niż rozumie. I właśnie tak często zaczyna się historia powołania do życia zakonnego.

Nie jest to droga zarezerwowana dla wyjątkowych. Nie zaczyna się od niezwykłych znaków ani spektakularnych wydarzeń. Zaczyna się raczej w zwyczajności – w modlitwie, która powoli staje się ważniejsza niż obowiązek, w pytaniach, które wracają mimo prób ich zagłuszenia, w tęsknocie, której nie da się do końca wyjaśnić.

Człowiek żyje wtedy jakby na styku dwóch światów: tego, który zna dobrze, i tego, który dopiero się przeczuwa. Wewnętrzne napięcie nie jest jeszcze decyzją, ale już nie jest też tylko przypadkiem. Coś się przesuwa. Coś dojrzewa. W takich chwilach życie zakonne przestaje być ideą, a zaczyna być pytaniem: „czy to mogłaby być moja droga?”

Niektórzy uciekają od tego pytania. Inni je pielęgnują. Jeszcze inni długo nie wiedzą, że ono w nich w ogóle żyje. A jednak ono wraca.

Cisza, w której mówi Bóg

W świecie, który nieustannie mówi, powołanie rodzi się w ciszy. Nie tej pustej, ale tej, która staje się przestrzenią spotkania. Tam, gdzie milkną cudze głosy, zaczyna być słyszalny głos inny – delikatny, ale uporczywy. Nie narzuca się. Nie przymusza. Raczej zaprasza. To nie jest głos, który odbiera wolność. Przeciwnie – on ją wydobywa. Człowiek zaczyna rozumieć, że prawdziwa wolność nie polega na mnożeniu wyborów, ale na odnalezieniu tego jednego, który nadaje sens całemu życiu. Dlatego powołanie nie przychodzi jako odpowiedź natychmiastowa. Jest procesem. Droga staje się ważniejsza niż szybkie rozstrzygnięcie.

Moment, w którym coś się rozpoznaje

W życiu wielu osób powołanie nie zaczyna się od „tak”, ale od zdziwienia. Od pytania, które pojawia się niespodziewanie: „dlaczego właśnie to mnie porusza?”. Od momentów modlitwy, które nie chcą się kończyć. Od pragnienia, by być bliżej Boga, nie tylko od święta, ale na co dzień.

I choć zewnętrznie nic się jeszcze nie zmienia, wewnętrznie zaczyna się przesunięcie. Człowiek nie zawsze od razu wie, dokąd ono prowadzi, ale wie, że nie może go zignorować.

Powołanie zakonne nie jest więc ucieczką od świata. Jest wejściem w niego inaczej – przez modlitwę, wspólnotę, pracę, milczenie i życie oddane Bogu i ludziom. Nie mniej realnie, ale bardziej głęboko.

Wybór, który dojrzewa

Przychodzi moment, w którym pytanie staje się bardziej konkretne. Nie jest już tylko myślą, ale zaczyna dotyczyć życia. Wtedy rodzi się decyzja – często niełatwa, wymagająca odwagi, rezygnacji z pewnych wyobrażeń, a czasem także niezrozumienia ze strony innych. Ale w tej decyzji jest coś szczególnego: pokój, który nie wynika z pewności wszystkich odpowiedzi, ale z zaufania. Nie chodzi o to, że droga jest łatwa. Chodzi o to, że staje się prawdziwa.

Świadectwo s. Józefy

Jedną z tych, którzy już odpowiedzieli na zaproszenie Jezusa, jest historia drogi s. Józefy ze Zgromadzenia Sióstr Bernardynek w Warcie, która w tym roku przeżywa 33 lata profesji zakonnej i 35 lat życia zakonnego.

„Urodziłam się w rodzinie polskiej, ale na ziemi rumuńskiej. Rumunia stała się moją Ojczyzną z urodzenia, ale duchową Ojczyzną zawsze była Polska” – zaczyna swoje świadectwo. Jej powołanie nie pojawiło się nagle. Kształtowało się w domu rodzinnym, w którym wiara była czymś naturalnym i żywym: codzienna modlitwa, regularna Eucharystia, wspólne życie sakramentalne. To tam rodziło się pierwsze doświadczenie Boga – jeszcze nie w pełni rozumiane, ale już obecne.

W młodości jej życie było pełne aktywności, radości i pasji. Tańczyła, należała do zespołu, uczestniczyła w zabawach, chodziła do kina. Jednak z czasem przyszło coś, czego nie dało się już zagłuszyć – wewnętrzne pytanie o sens i kierunek życia. „Zapragnęłam być kimś ważnym, wielkim. A może świętą?” – wspomina.

Wtedy zaczęła się zmiana. Zewnętrzne aktywności stopniowo ustępowały miejsca modlitwie, adoracji i coraz głębszemu pragnieniu Boga. Eucharystia przestała być tylko obowiązkiem, a stała się centrum życia. W sercu rodziło się powołanie, które dojrzewało w ciszy.

W wieku 18 lat podjęła decyzję oddania życia Bogu, a w 1991 roku wstąpiła do Sióstr Bernardynek w Warcie. „Do zakonu skłoniło mnie wielkie pragnienie miłości. Chciałam żyć wyłącznie dla Boga” – mówi. Z czasem przyszło także doświadczenie codzienności życia zakonnego, które – jak sama przyznaje – zweryfikowało wyobrażenia. Nie było ideału bez trudności, ale była wierność, która dojrzewała w zwyczajności: modlitwie, pracy, wspólnocie.

Dziś s. Józefa mówi z perspektywy lat: „Codziennie wstaję z wielką wdzięcznością serca, że Pan powołał mnie spośród tylu innych dziewcząt. Jego łaska jest
wielka, a miłosierdzie nie zna granic.” I dodaje słowa, które stają się zaproszeniem dla innych: „Nigdy nie będą żałować decyzji, że weszli na drogę z Jezusem, bo On jest najlepszą Drogą”.

Życie, które staje się odpowiedzią

Życie zakonne nie jest teorią. Jest codziennością: modlitwy, pracy, milczenia, relacji, prostych obowiązków i zwyczajnych dni. A jednak właśnie w tej zwyczajności dzieje się coś niezwykłego – życie stopniowo staje się odpowiedzią na głos, który je wcześniej zainicjował. Nie ma dwóch takich samych historii powołania. Każda jest inna, bo każda jest osobista. Ale łączy je jedno: moment, w którym człowiek przestaje pytać tylko „co chcę zrobić ze swoim życiem”, a zaczyna pytać „dla Kogo chcę je oddać”.

Dar i tajemnica – O swoim powołaniu opowiada s. Paula

Moje powołanie najprościej mogłabym streścić w dwóch słowach: dar i tajemnica. Tak je rozumiem, tak je czytam i tak chcę o nim opowiedzieć. Zaczęło się bardzo zwyczajnie. Wzrastałam w katolickiej rodzinie, w której wartości były czymś naturalnym i ważnym. Patrząc dziś z perspektywy, mam wrażenie, że to raczej moje rodzeństwo bardziej „zasługiwało” na dar powołania niż ja. Nie byłam wzorem cnót. Raczej jedną z ostatnich osób, które – po ludzku patrząc – Jezus wybrałby na swoją oblubienicę. A jednak to On wybiera.

Pamiętam bardzo wyraźnie dzień mojej Pierwszej Komunii Świętej. Był Wielki Czwartek. Miałam wtedy głęboką świadomość, że to sam Jezus przychodzi do mojego serca. To doświadczenie, choć dziecięce, było prawdziwe i zostawiło ślad.

W mojej rodzinnej parafii przez wiele lat proboszczem był śp. ks. Jan Markiewicz. Nie zachwycał śpiewem, nie głosił porywających kazań. A jednak dla mnie głosił Ewangelię całym swoim życiem. Do dziś nie wiem, czy to właśnie jego świadectwo sprawiło, że pod koniec szkoły podstawowej zaczęłam myśleć o życiu zakonnym, wiem tylko, że to mój tata pierwszy nazwał to, co gdzieś we mnie się rodziło.

Bóg ma poczucie humoru – i chyba trochę tego humoru mi udzielił. Pamiętam, jak pewnego razu zażartowałam, że szybciej odprawię rekolekcje wielkopostne, żeby mieć więcej czasu na wyjazd do domu. Mieszkałam wtedy w bursie w Toruniu, a niedaleko była parafia księży Michalitów. Te rekolekcje okazały się inne niż wszystkie. Były to katechezy Drogi Neokatechumenalnej. I tak – trochę „przypadkiem”, a bardziej opatrznością – weszłam na Drogę.

To właśnie tam usłyszałam słowa, które dotknęły mnie bardzo głęboko: że nikt nie będzie mnie kochał taką, jaka jestem, jak Jezus. I że On może przemienić moje serce. I rzeczywiście – zaczął to robić. Widząc, jak Słowo Boże działa, jak relacje we wspólnocie mnie zmieniają, zaczęłam dojrzewać. Choć wtedy moje
plany były zupełnie inne. Marzyłam o rodzinie. Byłam przekonana, że to tylko kwestia czasu.

Żartowałam nawet, że mój „książę z bajki” jedzie do mnie na koniu, tylko że… „szkapa mu padła” i biedak musi iść pieszo. Wydawało mi się też, że do zakonu idą osoby bardziej poukładane, spokojniejsze, mniej emocjonalne. Nie takie jak ja. A kiedy mówiłam o tym Jezusowi – miałam wrażenie, że milczy.

Moment, który zmienia kierunek

Przełom zaczął się w 2007 roku, podczas pielgrzymki do Loreto. Otrzymałam wtedy słowo z Ewangelii o Janie Chrzcicielu. Usłyszałam też zachętę, by pomyśleć o życiu zakonnym. Ale jeszcze wtedy bardziej widziałam siebie na misjach niż w klasztorze. Prawdziwy przełom przyszedł kilka lat później.

W 2011 roku, w Uroczystość Zwiastowania, podczas pielgrzymki do Loreto, modliłam się w Domku Świętej Rodziny o jedno: o łaskę wejścia w powołanie, jakiekolwiek by ono było. I wtedy zaczęło się dziać coś bardzo konkretnego. W Rzymie, w kościele Santo Spirito, wydarzyła się sytuacja trochę zabawna, a jednocześnie znacząca. Zobaczyłam siostrę zakonną – s. Albertę. Coś „nie pasowało” mi w jej welonie, więc chciałam go poprawić. Kiedy się odwróciła,
moja przyjaciółka powiedziała do niej: „Ona szuka powołania”. A ktoś obok dodał z uśmiechem: „Tylko nie urwij temu powołaniu głowy”.

To spotkanie nie było przypadkowe. Później otrzymałam kontakt do sióstr. Były kolejne znaki, kolejne słowa z Pisma Świętego, kolejne zaproszenia. W końcu przyjechałam. Najpierw raz. Potem drugi. A 27 grudnia przekroczyłam furtę klasztorną.

Między humorem, a prawdą

Nie wszyscy wierzyli, że to moja droga. Najzabawniejsze zdanie, jakie wtedy usłyszałam? Że jestem jak Zakonnica w przebraniu i „rozwalę klasztor”. A ja wiedziałam jedno: jeśli to jest moja droga – chcę to sprawdzić. A jeśli nie, wrócę. Nie chciałam tylko jednego: stanąć kiedyś przed Jezusem i usłyszeć:
„Ja chciałem cię w klasztorze”.

Droga, która oczyszcza

Początki nie były łatwe. Szczególnie trudne było milczenie. Dla osoby żywej, otwartej to była prawdziwa szkoła. Ale właśnie tam zaczęło się coś pięknego.
Zrozumiałam, że nie muszę być idealna. Że mogę mówić o swoich trudnościach. Że Bóg działa w prawdzie, nie w pozorach. Zaczęłam żyć Słowem Bożym. Codziennie. Medytować Ewangelię. Zapisywać myśli. I wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego, moje „gadulstwo” zaczęło przemieniać się w pisanie: wierszy, bajek, rozważań. Bóg nie zabrał tego, kim jestem. On to przemienił.

Dar i tajemnica

Dziś wiem, że powołanie naprawdę jest darem, całkowicie niezasłużonym. Ale jest też tajemnicą. Darem, bo wszystko zaczyna się od Boga. Tajemnicą, bo On odsłania ją stopniowo. To droga, na której uczę się patrzeć na siebie Jego oczami. Na której odkrywam, że jestem kochana. I że mogę odpowiedzieć na tę miłość swoim życiem, nawet jeśli nie jest ono idealne. To, o czym inni marzą – miłość, bliskość, bycie wybraną, ja otrzymałam od Jezusa. On prowadzi. On przemienia. On wystarcza. I choć nie wszystko rozumiem – ufam. Bo to naprawdę jest dar. I naprawdę jest tajemnica.

Na końcu tej drogi nie ma utraty

Często z zewnątrz wydaje się, że życie zakonne oznacza rezygnację. Tymczasem ci, którzy nią idą, mówią o czymś innym – o odnalezieniu sensu, którego wcześniej brakowało, o wolności, która nie jest zależna od okoliczności, o radości, która nie wynika z posiadania, ale z bycia dla Kogoś. Nie jest to droga dla wszystkich. Ale jest to droga, która pozostaje otwarta. I być może właśnie dziś, w ciszy serca, ktoś słyszy ją po raz pierwszy nie jako myśl, ale jako zaproszenie.
Ciche. Delikatne. Prawdziwe.

„Chodź i zobacz”

Jeśli nosisz w sercu pragnienie życia, które ma głęboki sens i chcesz sprawdzić, czy Bóg Cię do tego zaprasza – przyjedź, na kilka dni, zobacz jak żyjemy, pomódl się z nami, pobądź, rozeznaj. Jeśli chcesz zatrzymać się na chwilę i posłuchać, dokąd prowadzi Cię Bóg…

Jeśli zastanawiasz się, czy On zaprasza Cię do czegoś więcej, zapraszamy Cię, byś przyszła, zobaczyła i rozeznawała razem z nami. Jako Siostry Bernardynki żyjemy duchowością franciszkańską: prostotą, modlitwą i radością bycia blisko Boga oraz drugiego człowieka. Nasze życie to codzienne spotkanie z Bogiem w ciszy, we wspólnocie i w służbie.

Daj sobie czas i przestrzeń, by zatrzymać się i odnaleźć pokój serca, doświadczyć życia wspólnoty, odkrywać, jak Bóg działa w Twoim życiu, zadać pytania, które naprawdę są ważne.

Nie musisz mieć gotowych odpowiedzi. Wystarczy otwarte serce.

Przyjdź. Zobacz. Rozeznaj.

Może to właśnie tutaj Bóg przygotował dla Ciebie Twoją drogę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Avatar użytkownika, wgrany podczas tworzenia komentarza.


2026-05-07 23:15:19
Skip to content