szukaj
Wyszukaj w serwisie

#niekościółkowo. Sześć półprawd wiary

Kamil Biernat / 17.05.2020
Pixabay
Pixabay

Czasem mówi się, że przysłowia są mądrością narodu. Może jednak trafniej byłoby powiedzieć, że są one raczej odbiciem mentalności narodu, jego sposobu myślenia i funkcjonowania. Przywołajmy tylko kilka powiedzeń, które szczególnie mocno pokazują, jak czasem patrzymy na Pana Boga. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Bozia cię pokarała. Jak trwoga, to do Boga. Kogo Pan Bóg chce zgubić, temu najpierw rozum odbiera. Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy. Kto z nas nigdy nie słyszał choć jednego z tych powiedzeń? Czasem sami ich używamy, by podsumować zasłyszaną historię lub dopiec komuś, komu powinęła się noga albo dla kogo los nie był zbyt łaskawy. Jednak bardziej niż to, jaki Pan Bóg jest naprawdę, pokazują one to, co my sami nierzadko Mu przypisujemy.


Z przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej albo z katechezy na pewno kojarzymy zbiór formułek nazywany „sześcioma prawdami wiary”. Nie będziemy ich tu cytować. Jeśli mijające lata przykryły modlitwy z dzieciństwa grubą warstwą kurzu, to łatwo je znaleźć w Internecie. Ciekawe jest to, że ten zbiór zasad wiary jest typowo polskim wynalazkiem, i to nie aż tak starym – do tej pory najwcześniejszym tekstem, w którym go znaleziono, jest katechizm dla młodzieży z Wilna z 1833 roku. Lokalny zestaw najwyraźniej z biegiem czasu rozpowszechnił się tam, gdzie w edukacji religijnej używano języka polskiego. Próżno go szukać w polskich katechizmach wcześniejszych stuleci, w „Katechizmie Kościoła Katolickiego” czy w programach nauczania religii innych krajów. Główny zarzut stawiany „sześciu prawdom wiary” jest taki: sama nazwa mogłaby wskazywać na to, że te kilka zdań w krótki, zwięzły sposób streszcza to, czym jest wiara Kościoła. Takie małe résumé, łatwe i przystępne do zapamiętania. Natomiast ten zestaw przedstawia tylko połowę prawdy, jest jak jedna strona medalu! Przy tym pomija szereg innych spraw, kluczowych w życiu i przekazie wiary.

Spróbujmy więc odkryć drugą stronę medalu, która w połączeniu z pierwszą rzuci więcej jasnego światła na nasze przeżywanie wiary. Weźmy na warsztat tylko kilka zdań omawianej regułki. „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. Ani tu, ani w pozostałych punktach nie ma ani słowa o miłosierdziu. A to właśnie miłosierdzie Boga jest odkryciem Kościoła ostatniego stulecia – zaczynając od orędzia św. Faustyny, poprzez Jana Pawła II i kończąc na papieżu Franciszku, który zatytułował jedną ze swoich książek „Miłosierdzie to imię Boga”. To właśnie miłosierdzia uczył Jezus słowem i przykładem – najpierw w przypowieści o robotnikach ostatniej godziny, a potem przyjmując z krzyża „dobrego łotra” do raju.

Kolejną sprawą jest to, że wśród tych sześciu zdań nie ma ani słowa o zmartwychwstaniu. W punkcie trzecim jest mowa o tym, że dla naszego zbawienia „Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu”. I tyle, koniec kropka. Jakby największy cud świata, zmartwychwstanie Jezusa w ogóle nie przynależało do porządku zbawienia człowieka.

I w końcu punkt piąty, który mówi o tym, że „dusza ludzka jest nieśmiertelna” i nie wspomina ani słowa o ciele. Nie ma żadnej aluzji do tego, co każdej niedzieli recytujemy w Credo: „wierzę w ciała zmartwychwstanie”. Czasami sprowadza się wiarę w życie po śmierci do wiecznego istnienia czystej duszy, wydobytej w końcu z więzów grzesznego ciała. Zapominając całkowicie o „nowym niebie i nowej ziemi” (por. Ap 21,1) i zmartwychwstaniu naszych ciał na wzór ciała Jezusa. Między Bogiem a prawdą, takie podejście ma więcej wspólnego z platonizmem niż z chrześcijaństwem. A przecież nie oczekujemy zbawienia bardziej od Platona niż od Jezusa! Wiara zakłada podejście do ciała ludzkiego z ogromnym szacunkiem, owszem – bez ulegania wszystkim jego zachciankom. Nie bez powodu św. Paweł nazwał ciało „świątynią Ducha Świętego”, a nie mrocznym więzieniem dla niematerialnej duszy.

Można zarzucić, że taka analiza to szukanie dziury w całym, odwracanie kota ogonem. Ale wiemy już, że nie da się zbagatelizować kwestii obrazu Boga, który z naszym przyzwoleniem lub bez niego wywiera wpływ na nasze życie. Na gorliwą prośbę Apostoła Filipa, by Jezus pokazał uczniom Ojca, co w jego mniemaniu miało zaspokoić wszystkie ich potrzeby, Pan odpowiedział: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14,9). Może więc warto przemyśleć nasz sposób przeżywania i przekazywania wiary innym, tak by jak najbardziej odpowiadał temu, o czym czytamy w Ewangeliach? Wchodząc w ich świat widzimy, że Bóg to nie złośliwa bozia, która kara człowieka. Ani automat, który oddaje dobrem za dobro i złem za zło, zgodnie z zasadą „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Ani tym bardziej złośliwy tyran, który chce zgubić ludzi i w tym celu odbiera im rozum. Wręcz przeciwnie – to Bóg miłosierdzia, Ojciec który czeka na progu i wygląda zagubionego, zniszczonego przez życie syna! Obyśmy jako ludzie wierzący nigdy nie musieli przyznać racji uszczypliwemu powiedzeniu Voltaire’a: „Jeżeli Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje, człowiek oddał mu wet za wet.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Avatar użytkownika, wgrany podczas tworzenia komentarza.


2024-04-21 23:15:12