szukaj
Wyszukaj w serwisie

Moc smyczków i humoru. Grupa MoCarta opowiada o sukcesie na paryskiej scenie

Alicja Rekść / 26.11.2018



Na koncerty przychodzi, w zależności od dnia, od 300 do 750 osób. Paryska publiczność jest cudowna, zwłaszcza ta, która przychodzi na nasze koncerty. Wydaje się być uśmiechnięta, zadowolona, a nawet gotowa powrócić. Pojawiają się osoby, które deklarują, że przyszły na nasz spektakl już trzeci raz. Być może dlatego, że nie zrozumieli wcześniej naszego słabego francuskiego – opowiadają, ze śmiechem portalowi polskiFR panowie z Grupy MoCarta


Z grupą MoCarta spotykamy się przed ich występem w Teatrze Bobino nieopodal wieży Montparnasse. Jest czwartek, dzień odkorkowywania Beaujolais nouveau, okoliczne knajpki tętnią życiem, tymczasem pod Teatrem już ustawia się imponująca kolejka.

Alicja Rekść: Jak to się stało, że grupa MoCarta zaczęła koncertować w słynnym Théâtre Bobino? 

Filip Jaślar: Jakieś pięć lat temu poznaliśmy pana Pierre’a Michelina z agencji koncertowej „Encore un Tour”, który zorganizował nam kilka występów w mniejszych i większych miejscowościach we Francji. Po jakimś czasie zaproponował nam cykl dwudziestu występów w Paryżu, w Théâtre Antoine i taki cykl zagraliśmy w 2016 roku. Uznano więc, że skoro dwadzieścia koncertów się udało, to i sześćdziesiąt pięć powinno „wypalić”. Także trzymamy kciuki…

Michał Sikorski: Ponieważ szanowna, paryska publiczność dopisuje, zaczynamy się obawiać, gdyż patrząc na matematyczny postęp ilościowy koncertów w kolejnych latach w Paryżu, w 2020 dostaniemy propozycję zagrania stu dziewięćdziesięciu pięciu. Nie wiem czy damy radę… [śmiech]

F.J.: Ale jest cudownie, gramy pięć koncertów w tygodniu – od środy do niedzieli. Wracamy na dwa dni do domu i znów to samo.

A.R.: To jest szaleństwo..

M.S.: W niedziele gramy koncert wcześnie, żeby zdążyć na samolot do kraju, a potem wczesnym rankiem we środę wracamy do Paryża. To jest wbrew pozorom, jak na nasz kwartetowy żywot, bardzo stacjonarne granie. W jednym teatrze. Najczęściej podróżujemy z koncertu na koncert naszym busem, czasem po ponad pięćset kilometrów w jedną stronę. Każdego dnia gramy gdzie indziej.

F.J.: A tu dwa razy w tygodniu dwie godziny lotu. To bardzo przyjazne dla naszych kręgosłupów, wysypiamy się, no i jest to Paryż, Paryż!

M.S.: Ostatnio przeżyłem coś na niekorzyść Paryża – gdy wróciłem do Polski, poszliśmy z żoną do małej restauracji i okazało się, że tam nikogo nie ma. Była cisza, lekko szemrząca muzyczka… Za tym zdarza mi się tęsknić. Choć oczywiście urzeka mnie Paryż, pełen życia, z wypełnionymi do granic możliwości barami i restauracjami.

Najmilszym zaskoczeniem jest ilość Paryżan chodzących regularnie do teatru. Codziennie w Paryżu odbywa się około 800-1000 spektakli. I na wszystkie przychodzi publiczność! Bardzo chciałbym, żeby w Polsce była taka frekwencja.

A.R.: A ilu widzów zazwyczaj pojawia się na Waszych koncertach?

M.S.: W Teatrze Bobino jest dużo miejsc, bo aż 900. Na koncerty przychodzi, w zależności od dnia, od 300 do 750 osób. Jest też tak pewnie dlatego, że nasza oferta jest skierowana do ludzi w każdym wieku, także dla dzieci, które też znakomicie się bawią na naszych występach. Wiemy, że tak jest bo dzieci śmieją się w innych miejscach niż dorośli. Po prostu słychać, że są.

A.R.: Francuska publiczność reaguje nieco inaczej, niż polska?

Bolesław Błaszczyk: Paryska publiczność jest cudowna, zwłaszcza ta, która przychodzi na nasze koncerty. Wydaje się być uśmiechnięta, zadowolona, a nawet gotowa powrócić.

M.S.: Pojawiają się osoby, które deklarują, że przyszły na nasz spektakl już trzeci raz. Być może dlatego, że nie zrozumieli wcześniej naszego słabego francuskiego [śmiech].

A.R.: Co zmieniliście Panowie w repertuarze?

M.S.: Bardzo rzadko, ale jednak, musimy się podczas spektaklu odezwać. Najczęściej są to dwa słowa, nauczyliśmy się więc paru fraz i przetykamy nimi występ. Podczas występu odtwarzane są, uprzednio nagrane, nasze wypowiedzi w języku francuskim. No i ja – że tak zażartuję – śpiewam „po francusku” piosenkę…

F.J.: Z utworów, które zwyczajowo grywamy w Polsce, wybraliśmy te, które nie mają odniesień do polskiej muzyki, czy polskiego języka, czy ogólnie kontekstu kulturowego. Zostały te, które są zrozumiałe wszędzie poza Polską. Działa to bardzo ładnie.

A.R. Gracie Panowie ze sobą od 1995 roku, jaki jest sposób na zachowanie “chemii” między Wami?

M.S.: Byliśmy słabi z chemii, więc nic o tym nie wiemy…

Paweł Kowaluk: Jak mawia Artur Andrus: nic nie łączy tak, jak kredyty…

F.J.: Warto odpoczywać od siebie. Gdy wracamy teraz do Polski na te dwa dni, mamy moment, by za sobą zatęsknić, by mieć energię na kolejne spotkanie na „Okęciu”. Taka higiena jest bardzo potrzebna. Bez tego, przebywanie ze sobą non-stop za granicą przez dwa i pół miesiąca, byłoby znacznie trudniejsze. A tak cały czas uśmiechamy się do siebie i jest przyjemnie. Przyświecają nam wspólne cele, nie ma czasu na gniew.

Grupa MoCarta

A.R. A jak odbywa się pisanie scenariuszy?

M.S.: Jesteśmy taką małą „manufakturką” – wszystko robimy razem, to znaczy piszemy razem, wspólnie wymyślamy żarty – tak się utarło, że robimy to przy stole, przy kawie, herbacie i ciastku – przynajmniej tak było, bo od niedawna Filip bojkotuje słodycze…

F.J.: I dlatego mamy mniej prób ostatnio [śmiech]

A.R.: Jaki był najbardziej egzotyczny kraj, jaki Panowie odwiedziliście?

B.B.: Kazachstan, Kostaryka, no i Meksyk.. Przede wszystkim dlatego, że zatrzymaliśmy się w znanym skądinąd mieście Ciudad Juárez. Na szczęście nic się nie wydarzyło. Gospodarze za to byli bardzo szczęśliwi, że przyjechaliśmy, wielu wykonawców im, ze względów bezpieczeństwa, odmawia. Nie oglądamy zbyt wielu filmów sensacyjnych, więc nie orientowaliśmy się, że miasto to owiane jest złą sławą. Mieszkaliśmy w hotelu otoczonym murem z drutem kolczastym.

P.K. A przed hotelem stał opancerzony samochód.

M.S.: Czyli bali się nas! [śmiech].

B.B.: A tuż obok znajduje się Wyspa Szczęścia – Kostaryka, gdzie nie ma armii, a współczynnik szczęścia mieszkańców jest najwyższy na świecie. Co innego Kazachstan – to jeszcze inna bajka. Parę lat temu zostaliśmy zaproszeni na urodziny pewnego miejscowego magnata. Jego ludzie zorganizowali mu cały program mogących go ucieszyć rozrywek. W tym nas. Przylecieliśmy na lotnisko do nowej stolicy Astany, a stamtąd jechaliśmy kilkaset kilometrów drogą prostą, jak z łuku strzelił przez lodowy step… Nie wiemy, czy zdołaliśmy go dostatecznie zabawić, ale uśmiechał się.

A.R.: Grupa MoCarta jest kabaretową wariacją na temat klasycznego kwartetu smyczkowego, jest u Was dużo postmodernizmu – z jednej strony klasyka, z drugiej pastisz i ironia – podwójne kodowanie. Przyświeca Wam czasem misja edukacyjna?

M.S.: Widzieliście? Jesteśmy podwójnie kodowani! Musimy o tym porozmawiać [śmiech].

B.B.: Na nasze koncerty przychodzą różni ludzie – wydedukowani muzycznie i tacy, z nieco mniejszym pojęciem w tej dziedzinie. Każdy ma prawo do własnych skojarzeń. Nie narzucamy takiej, czy innej interpretacji naszych żartów – przede wszystkim dlatego, że nie posługujemy się słowem, więc siłą rzeczy, treści te będą zawsze mniej oczywiste. Staramy się nie uderzać poniżej pasa, nasze żarty są delikatne, nie przekraczają granicy dobrego smaku. Bardzo się cieszymy, że w jednym utworze kilka osób może dostrzec kilkadziesiąt różnych rzeczy, które bynajmniej nie będą się pokrywać.

Czy mamy misję? Nie działamy na rzecz żadnego Ministerstwa, czy Agendy Rozwoju i Restrukturyzacji [śmiech]. Dlatego też, jeśli czegoś uczymy publiczność, dzieje się to nieświadomie. Czasem zdarza się, że po koncercie wpada matka jakiegoś dziecka i mówi „to przez Was moje dziecko gra na skrzypcach!”. Albo ktoś powie „nigdy nie byłem w filharmonii, po Waszym koncercie chętnie się tam wybiorę”. Wówczas zastanawiamy się, czy przestrzec taką osobę, że w filharmonii dzieją się nieco inne rzeczy.. [śmiech]. Więc wypełniamy misję edukacyjną niechcący.

M.S.: Proszę zaznaczyć wężykiem, że misję tę wypełniamy NON-PROFIT [śmiech].

Grupa MoCarta – kabaretowy kwartet smyczkowy działający nieprzerwalnie od 1995 roku. Po tragicznej śmierci Artura Reniona w wypadku samochodowym w 2000 roku, do grupy działającej w składzie: Filip Jaślar, Michał Sikorski, Paweł Kowaluk, dołączył Bolesław Błaszczyk. Koncertują na całym świecie; od października do 20 stycznia (z małą przerwą na Święta Bożego Narodzenia), w każdym tygodniu, od środy do niedzieli włącznie, dają koncerty w o paryskim Théâtre Bobino.