szukaj
Wyszukaj w serwisie


Co o obyczajach higienicznych Polaków pisał Gaspard de Tende?

Mariusz Grabowski / 12.01.2026
fot. pixabay.com
fot. pixabay.com

Monsieur de Tende, prowansalski szlachcic i dyplomata przybył do Polski z orszakiem ślubnym Ludwiki Marii Gonzagi, jako jej dworzanin w roku 1646. Na dworze Władysława IV, a później Jana Kazimierza doszedł do znacznych godności: pełnił funkcje intendenta dworu oraz Skarbnika Jej Królewskiej Mości. Spędził nad Wisłą blisko ćwierć wieku.


Po latach, w 1686 r. opublikował we Francji, pod pseudonimem pana de Hauteville, „Relację historyczną o Polsce”, która szybko stała się bestsellerem. Sążniste dzieło traktowało o wszystkim: o polityce Rzeczypospolitej, jej gospodarce, wojsku i kulturze. Z 29 rozdziałów rodacy de Tendego dowiadywali się również o sposobie ubierania się Polaków, o tym co i jak jedzą i co piją. Osobliwie sporo miejsca autor poświecił temu aspektowi ówczesnej polskiej obyczajowości, jakim była higiena.

Z brudem na co dzień

„Wszyscy, jak świeccy tak i duchowni, lubią życie wesołe… Ranek poświęcają pracy, obiad jedzą późno, a w dwie godziny potem wieczerzę. Piją wtedy wiele, żartują i śpiewają do północy, a nieraz i do dnia białego. Odpoczywają potem w łózkach małych i wąskich, w których ledwo można się obrócić”. Tych słów nie zanotował de Tende, wyszły spod ręki Giovanniego Paola Mucantego, sekretarza kard. Enrico Gaetano, który odwiedził Polskę w latach 90. XVI w. Ale duch rozdrażnienia u obu podróżników jest bardzo podobny.

„Ci nieszczęśliwcy, którzy piją zwyczajnie tylko piwo i wódkę upijają się, potem śpiewają i tańczą przez całą noc, tak iż spać jest niepodobna” – pisał de Tende w swej „Relacji”. Polacy, szczególnie niższych stanów byli dlań nacją zdecydowanie odmienną od reszty Europejczyków, dziką i tajemniczą. A przede wszystkim brudną. Zarówno w sensie osobistym, jak też zbiorowym.

Stroje męskie polskiej szlachty, XVII wiek, fot. wikimedia (domena publiczna)

Jedziesz do Polski? Zabierz łóżko

Pod pojęciem higieniczności zbiorowej de Tende rozumiał m.in. warunki podróżowania. Jeśli po drodze wędrowcy musieli zatrzymywać się na noclegi w przydrożnych gospodach, zwykle narzekali na kiepskie jedzenie oraz złe warunki. „Pamiętaj, mój podróżniku, że w Polsce nie ma gospód ani zajazdów, w których można by wygodnie się umieścić i otrzymać na noc łózko. Znajdują się najczęściej w tym kraju tylko drewniane budynki, zwane karczmami, w których nieraz trzeba zająć kwaterę obok koni, krów i świń (…)”. Po tych doświadczeniach Francuz wprost sugerował, aby przez Polskę podróżować z własnym łóżkiem, siennikiem i pościelą.

Nawet jeśli komuś udało się w miarę higienicznie przespać, to z rana czekały go kolejne utrapienia. „Po hojnej napitce przychodzi u nich często do bójki, przy czym szabla musi walnie błyskać. Szablą tą tną i rąbią się wzajemnie po pięściach, twarzy i gdzie tylko mogą, a uchodzi u nich za rzecz zaszczytną być naznaczonym tu i tam, zwłaszcza zaś na twarzy, pięknymi bliznami i szramami” – czytamy.

Kołtun. Cóż to za dziwo?

Blizny i szramy można ostatecznie uznać za ciekawostkę natury zdrowotno-estetycznej. Znacznie mniej przyjemnie zaczyna być w momencie, gdy de Tende przechodzi do opisu jednego z higienicznych dziwów tamtych czasów – do chłopskiego kołtuna. „Kołtun zaś to splątane włosy, których nie sposób rozplątać (…). Polacy powiadają, że choroba ta pojawiła się w następujący sposób: gdy w 1279 r. Tatarzy dokonali wielkiego najazdu na Polskę i zabili wielu ludzi, wrzucili do wód mnóstwo serc ludzkich, które wcześniej zatruli; zainfekowane w ten sposób wody wywołały wspomnianą chorobę, której przyczyny medycy wciąż nie mogą rozpoznać”.

I dalej: „Cudzoziemcy sądzą, że kołtun to efekt wielkiego niechlujstwa, a nie choroby. (…) gdy ich włosy zaczynają się plątać, kiedy chorują, natychmiast każą je sobie ściąć. Tego zaś Polacy nie ośmielają się robić, ponieważ wierzą, że gdyby ścięli swoje włosy, oślepliby. (…) Niemniej lud jest tak mocno przekonany o tym, że kołtun to choroba, iż istnieją staruchy, które starają się wywieźć go z dzieci zapadających na zdrowiu; mierzwią wówczas i plączą ich włosy, wmawiając matkom, że kołtun nie chce wyjść i to właśnie z tego powodu dzieci są chore”.

Najdłuższy zachowany kołtun, znajduje się w Muzeum Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, pochodzi z XIX w. i mierzy po rozwinięciu 1,5 m długości., fot. Autorstwa pracownik Katedry Historii Medycyny Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=15368793

Kąpiel w zimnej wodzie

Kołtun, czyli plica polonica była w recepcji podróżnika metaforą polskiej odmienności. Ta na poły realna, na poły fantasmagoryczna polska choroba narodowa akuratnie oddawała XVII-wieczny stan higieniczny Rzeczypospolitej. Kołtun polski był wręcz postrzegano jako figurę synonimiczną anarchii polskiej.
Co ciekawe, na tym samym oddechu Francuz rysuje obraz Sarmaty, czyli reprezentanta elit Rzeczypospolitej, starannie, a wręcz nadmiernie dbającego o higienę osobistą: „Każdego ranka myją szyję i twarz zimną wodą, nieważne jak byłoby mroźno. Jest to tak powszechnie spotykane wśród tego ludu, że nawet ojcowie przyzwyczajają dzieci do mycia się od momentu, gdy te potrafią ustać na własnych nogach”.

Można się zastanawiać, gdzie autor widział podobny obrazek, ale był on na tyle sugestywny, że trafił nawet do „Encyklopedii” panów Diderota i D’Alemberta. Podawała ona, że polski szlachcic „bez względu na porę roku myje [on] sobie zimną wodą twarz i szyję. Dzieci również wcześnie kąpią w zimnej wodzie, co wzmacnia ich ciała na srogość zimy”.

Słoma wystająca z butów

Niekiedy spostrzeżenia pana Gasparda są dość zdumiewające. Czytamy oto: „W Polsce szlachta pospolita, a nawet wytworni panowie, co kilka dni wsypywali do butów pociętą słomę, zastępującą im wyściółki i skarpetki”. Było to postępowanie w pełni zgodne z modelem życia szlacheckiego, choćby mało higienicznego, ale zaskakujące z perspektywy przybysza z Francji.

Jednak de Tende niczego nie zmyślił. Wystarczy sięgnąć do barwnego „Opisu obyczajów za panowania Augusta III” ks. Jędrzeja Kitowicza, najlepszego kronikarza obyczajów owej epoki, który pisał, że nawet „najwięksi panowie, senatorowie, hetmani” używali wiechcia, a więc właśnie słomy, do butów. Do zadań ich służących należało zaś „co dzień kłaść panu w buty świeże wiechcie, strzygąc słomę” do rozmiaru obuwia.

Wszystko przez piwo

Wspomnijmy na koniec o jeszcze jednym wątku z „Relacji” – kulinariach królewskich na dworze Jana Kazimierza. Były dla de Tendego tak osobliwe, że dopatrywał się w nich nawet przyczyn zdrowotnych udręk monarchy. Otóż, ku jego zdziwieniu, cały dwór rozpoczynał dzień od piwa, a konkretnie polewki piwnej. Przyrządzano ją w formie popularnej ze słabego (a nawet rozcieńczanego wodą) piwa. Dorzucano do niego kawałki żytniego chleba. Wersja bogatsza charakteryzowała się dodatkiem mleka i masła; wbijano żółtka kurzych jaj, doprawiano do smaku.

Piwna polewka w tamtym czasie nie nie była kojarzona z piciem alkoholu. Był to po prostu tradycyjny poranny posiłek, mający zapewnić energię aż do obiadu. Pan Gaspard nie krył jednak zdumienia: „Mężczyźni, a także i kobiety wypijają rano ciepłą polewkę piwną z imbirem, wbijając do niego żółtka z cukrem”. I dodawał jak typowy Francuz: „Na dworze króla Ludwika nic takiego nie mogłoby mieć miejsca”. I jak to Francuz, bardzo się mylił.

 

czytaj też: >>> Polska architektura pod znakiem Le Corbusiera <<<

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Avatar użytkownika, wgrany podczas tworzenia komentarza.


2026-02-10 00:15:18
Skip to content