szukaj
Wyszukaj w serwisie

Anna Janko: Musiałam wejść w duszę dziecka – osieroconego, bezgranicznie cierpiącego

Alicja Rekść / 01.01.2019
Anna Janko, CC Wydawnictwo Literackie
Anna Janko, CC Wydawnictwo Literackie

Anna Janko, polska poetka postanowiła zmierzyć się z traumą wojenną własnej matki. Traumą, którą, jak podkreśla, na swój sposób odziedziczyła. Jej matka dwukrotnie przeczytała książkę: “Wyznała, że płakała przez trzy dni, jakimś okrutnym płaczem z tamtego minionego czasu. I – jak ja mogłam jej to zrobić. Właśnie. Tak odpowiedziałam mojej mamie: „Właśnie o to szło, o tę terapię, i może to już ostatnie łzy, jakie wylałaś w tej sprawie…” – opowiada portalowi polskiFR Anna Janko. Od końca 2018 roku jej książka jest dostępna we francuskim tłumaczeniu Agnès Wisniewski – już jako “Une si petite extermination” ukazała się na łamach wydawnictwa Les éditions Noir sur Blanc.


1 czerwca Niemcy pacyfikują wieś Sochy na Zamojszczyźnie. Przyszłej poetce, wówczas 9-letniej Teresie Ferenc i dwójce jej młodszego rodzeństwa, cudem udaje się uciec, na ich oczach giną, brutalnie zamordowani, ich rodzice. Lata później, jej córka Anna Janko, postanawia spisać historię matki. Zabrałam ci twoją historię, mamo, twoją apokalipsę. Karmiłaś mnie nią, gdy byłam mała, szczyptą, po trochu, żeby mnie tak całkiem nie otruć. Ale się uzbierało. Mam ją we krwi. (…) Całe życie powstrzymywałam się od życia, bo czekałam na wojnę. Nie chcę dłużej tak – pisze w “Małej zagładzie”

Książka “Mała zagłada” wydana w Polsce nakładem Wydawnictwa Literackiego w 2015 roku spotyka się z przychylną krytyką, stała się ważną pozycją oddającą społeczną rzeczywistość i dramatyczne, dalekosiężne skutki traumy wojenne.

Alicja Rekść: Jak długo nosiła Pani w sobie tę książkę? Co było momentem przełomowym, w którym zdecydowała się Pani opowiedzieć dramatyczną historię Pani matki? 

Anna Janko: Kilka lat. Zbierałam się do pisania z poczuciem, że to mnie przerasta. Nie tylko dlatego, że temat traumatycznego wojennego dzieciństwa jest bardzo trudny, ale także z powodu poczucia niekompetencji. Nie jestem dokumentalistką, reporterką, znawczynią historii II wojny. Jestem poetką i autorką prozy o nieklasycznej narracji… Słusznie więc obawiałam się, że to może się nie udać. Ale kto, jeśli nie ja? – takie sobie zadawałam pytanie. Dawni świadkowie, niegdysiejsze dzieci, które były świadkami tamtej apokalipsy, już nie żyją, pozostało kilka bardzo starych osób, wśród nich moja mama. Która kilka lat temu ciężko zachorowała.  I wtedy właśnie postanowiłam nie zwlekać! Znałam oczywiście opowieść matki, ze szczegółami, jednak potrzebowałam jej żywej obecności; moje wspomnienia jej wspomnień wymagały przecież weryfikacji.

A.R.: Intrygująca jest forma. Dialog, czy raczej swoisty list, pisany do Pani matki, tym bardziej spaja i uwiarygadnia współodczuwanie i swego rodzaju grawitację traumy, która dotknęła Panią, urodzoną pokolenie po dramatycznych wydarzeniach w Sochach. Ma się wrażenie, że to naprawdę jakaś Wasza rozmowa, co jakiś czas inkrustowana odpowiednią faktografią.

A.J: To jest rozmowa, naśladująca wiele z tych, które odbyły się naprawdę. Idę w „Małej zagładzie” śladem opowieści mojej matki, której pamięć słabnie, uzupełniam ją zgodnie z całą swoją wiedzą zebraną z dokumentów, filmów, podróży do miejsc. Każdy, chce tego czy nie, nosi w sobie matkę, ojca. Ich dramat mieszka w naszej podświadomości, kryje się w genach, nawet jeśli w rodzinie temat traumy zostaje przemilczany.  To najbliższe współodczuwanie jakie może się zdarzyć. W mojej książce ja-narratorka chwilami staję się własną matką, małą dziewczynką, która patrzy na wojnę. Wchodzę w jej skórę i odczuwam jej przerażenie, jej samotność. I powtarzam: „Zabrałam ci twoją historię, mamo”. Ale to nie jest książka prywatna, absolutnie, wątek polskiej wsi zrównanej z ziemią w kilka godzin – to pretekst, by mówić o wojnie w kontekście uniwersalnym, by wyjść poza polityczną poprawność i powiedzieć parę słów o „zarządzaniu historią”. Wplatam w fabułę także dość dynamiczny esej o korzeniach zła, o nieoczywistym duecie winy i kary, piszę o dzieciach , którym dorośli, wywołując wojnę, urządzają piekło na ziemi, we wszystkich epokach, na wszystkich kontynentach. Przecież dziecko nie rozumie pojęcia tożsamości narodowej. Dlatego w „Małej zagładzie” pojawia się m.in. wątek francuskiego Oradour, a także historia żydowskich sierot z terenu Francji wysłanych przez Pierre’a Lavala, premiera rządu Vichy, do Auschwitz, z braku lepszego pomysłu (!).

A.R.:Jak na „Małą zagładę” zareagowała Pani mama? 

A.J.: Czytała dwukrotnie. I reagowała inaczej za każdym razem. Najpierw przeczytała książkę, opuszczając wątek własnej historii, bo przecież : „wszystko o tym wiedziała”. Doceniła wtedy uniwersalizm ujęcia tematu i literackie walory książki swojej córki 🙂 Gdy powtórzyła lekturę, zrobiła to już dokładnie. Miałam od niej telefon, potem. Wyznała, że płakała przez trzy dni, jakimś okrutnym płaczem z tamtego minionego czasu. I – jak ja mogłam jej to zrobić. Właśnie. Tak odpowiedziałam mojej mamie: „Właśnie o to szło, o tę terapię, i może to już ostatnie łzy, jakie wylałaś w tej sprawie…”

A.R.: W książce powołuje się Pani, między innymi, na Swietłanę Aleksijewicz i jej polifoniczne reportaże wojenne, zwłaszcza te dotyczące wspomnień dzieci. Jaki wpływ na Panią miała ta literatura?

A.J.: Powołuję się na wiele książek, które były moimi lekturami podczas pisania. Jest na końcu „Małej zagłady” spis tych najważniejszych. Przeczytałam setki wojennych wspomnień dzieci, z mnóstwa źródeł. Przytaczam nawet, mniej w Polsce znane, wspomnienia japońskich dzieci z Hiroszimy, których większość zmarła niedługo po ich spisaniu… Musiałam wejść w duszę dziecka: głodnego, osieroconego, przerażonego, bezgranicznie cierpiącego. Dziecka, któremu zabija się dzieciństwo, które widzi śmierć rodziców, i któremu na zawsze odbiera się elementarne poczucie bezpieczeństwa . Pisarz zawsze jest po części swoim bohaterem.

A.R.: Pani książka już jako “Une si petite extermination” ukazała się niedawno we Francji nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc. Jakiej reakcji się Pani spodziewa? Może już są jakieś recenzje?

A.J.: Nic nie wiem o recenzjach we Francji, nie wiem też czego mogę się spodziewać. Mogę powiedzieć, czego bym pragnęła. Burzliwej dyskusji. Bo moja książka pełna jest pytań i stwierdzeń nieoczywistych, prowokacyjnych. Wiadomo, przeszłość nie jest ustalona raz na zawsze, ciągle coś się tam w głębi dziejów przetasowuje, w zależności od bieżącego politycznego zapotrzebowania. Historia jest sztuką interpretacji.