szukaj
Wyszukaj w serwisie


Strach czy zaufanie? – Siostry Serafitki z Francji o pandemii

s. Lidia Bargiel / 08.08.2020
Setne urodziny!
Setne urodziny!

“Jest jeszcze za wcześnie, by dokonywać podsumowania okresu pandemii, niemniej jednak pokusić się trzeba i przyjrzeć się z bliska tej sytuacji, jaka nas zaskoczyła i nadal trwa” – o posłudze chorym we Francji w dobie pandemii opowiada s. Lidia Bargiel, serafitka.


Jesteśmy Siostry Serafitki. Pracujemy jako pielęgniarki przy chorych po domach i w rezydencji dla starszych osób na terenie Montmorency oraz Deuil la Barre. Pandemia zaskoczyła i nas tym, że dwie nasze siostry pielęgniarki wyjechały na krótki urlop do Polski i nie mogły następnie tu powrócić – prawie przez 2 i 3 miesiące – z powodu zamkniętych granic. Potrzebne były bardzo do pracy wśród chorych, gdyż dwie kolejne siostry pielęgniarki zachorowały na koronawirusa. Dwie inne pozostały w kontakcie z chorymi pielęgniarkami, ale musiały poddać się kwarantannie i tak efektyw zmniejszył się aż do minimum. Dyrektorka nasza też zachorowała i resztkami sił siostry ciągnęły prace przy chorych z wielką ostrożnością i z zachowaniem szczególnych środków bezpieczeństwa. Jedna z sióstr była bardzo słaba, ale wciąż pracowała i jak się później okazało po zrobieniu testów, ona również miała koronowirusa, ale zupełnie o tym nie wiedziała i Bogu dzięki, że nikogo nim nie zaraziła.

S. Lidia z osobami z rezydencji dla starszych

Przy chorych siostry nosiły maski, rękawiczki, obowiązkowa była dezynfekcja rąk, po pracy odkażanie ubrania, komórek, pomieszczeń lampami kwarcowymi. Baczną uwagę kładłyśmy na to, aby się nie zakazić i by innych nie zainfekować. Siostry na co dzień zażywały różne witaminy i środki uodparniające.

Strach ogarnął wszystkich. Nie wolno było rodzinom widywać się z bliskimi, pozostały pielęgniarki, jako osoby najbliższe, którym zlecono zadania dodatkowe, a to dzięki pozwoleniom na wyjście z domu. Najpierw konieczna była pomoc psychiczna, uspokojenie ludzi i wskrzeszanie nadziei na lepsze jutro. Nie było sprzątaczek, biura zamknięte, serwis techniczny czy cokolwiek innego nie funkcjonowało. Zakupy w sklepie czy aptece, a nawet pozamiatanie czy grzanie jedzenia, to też przypadło w udziale pielęgniarce, gdyż nie było jedzenia na stołówce, tylko rozdawane było po pokojach, gdzie każdy musiał sobie radzić. Nie uświadczyło się krzesła ani stołu w zakładzie medycznym, nie było na czym usiąść i był ogłoszony zakaz spotykania się w grupach.

Siostry serafitki w trakcie urodzin podopiecznej

Pierwsze zamknięto kościoły i miejsca kultu. Biskup miejscowej diecezji wydał pismo, gdzie zabronił publicznego sprawowania kultu. U sióstr w kaplicy też nie było Mszy św. Niektórzy kapłani odprawiali Eucharystię prywatnie, przy otwartym kościele, więc nieoficjalnie ludzie w niej uczestniczyli. W tym czasie niepewności zlęknieni ludzie bardziej niż zwykle szukali pomocy u Boga, aby ratować siebie i rodziny przed załamaniem i strachem. Nikt nie umiał znaleźć odpowiedzi na pytanie: co to jest i skąd się wzięła ta niebezpieczna choroba? Ludzie umierali dziesiątkami. Myśmy nie straciły ani jednego chorego na tę epidemię, ale w miejscowym szpitalach była katastrofa. Nie nastarczano chować zmarłych, trzeba było tygodniami czekać na pochówek. Do ciężko chorych i umierających nie dopuszczano rodziny, w samotności ludzie odchodzili z tego świata.

Nie brak też było i solidarności międzyludzkiej, oznak życzliwości czy braterskiej pomocy. Przykładem jest sytuacja, gdzie my wzywałyśmy Polaka hydraulika, aby zmienił bojler na wodę chorej naszej pensjonariuszce, bo stary ciekł i nie dało się umyć tejże chorej.

S. Lidia Bargiel, serafitka

Jako wspólnota zakonna włączyłyśmy się w modlitwę wraz z całym Kościołem o ustanie pandemii. Nie mnożyłyśmy dodatkowych modlitw, ale starałyśmy się ofiarować Bogu w tej intencji niewygodności jakie i nas spotykały. Nasze wspólnoty Deuil i Montmorency ratowała duchowo ofiara Mszy św., w której uczestniczyłyśmy codziennie, a to dzięki otwartości i zaufaniu naszych kapłanów, francuskiego proboszcza w Deuil i rektora polskiej wspólnoty Pallotyńskiej w Montmorency.

W domu u Polki

Dzięki pomocy naszych Założycieli nie czułyśmy żadnego strachu przed epidemią, ale ogarniał nas pokój i zaufanie, że jesteśmy na drodze niesienia pomocy tym, do których jesteśmy posłane i realizujemy nasz zakonny charyzmat, bycia blisko cierpiących wraz z Bolesną Matką Chrystusa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Avatar użytkownika, wgrany podczas tworzenia komentarza.


2024-07-17 23:15:13