Boże Narodzenie na XIX-wiecznych Kresach i nowe, francuskie mody

„Pierwsza gwiazdka", olej na płótnie, 40.3 x 27 cm, fot. wikimedia (domena publiczna)
Do 1 stycznia trwa Oktawa Bożego Narodzenia i świętowanie narodzenia Jezusa. A jak wyglądały Święta na kresowych dworach polskiej arystokracji i magnaterii w XIX w.? By odpowiedzieć na to pytanie sięgnijmy do źródeł, konkretnie do wspomnień hr. Stefana Eugeniusza Marii Tyszkiewicza-Łohojskiego herbu Leliwa, syna hr. Władysława Tyszkiewicza, z podwileńskiego Landwarowa.
„Polski duch świąt”
Hr. Stefan Eugeniusz, późniejszy inżynier i wynalazca, uczestnik obu wojen światowych i wojny z bolszewikami, członek Rady Narodowej RP na Uchodźctwie, wspominał tak: „W kątach prostokątnej sali jadalnej stały ogromne słupy uwite z suchych zbóż, pamiątka po ostatnim jesiennym urodzaju, nadzieja na płodny następujący rok. Lubiliśmy z rodzeństwem zawieszać na nich przyczepione do jedwabnych wstążeczek małe czerwone jabłuszka, rajskimi zwane (…).
O zmierzchu cichaczem wymykaliśmy się z pałacu do stajni, żeby posłuchać, o czym mówią nasze ukochane zwierzęta – konie, którym dawaliśmy resztki opłatków zebrane ze świątecznego stołu. W salonie stała Piękna Pani – choinka ustrojona w iskrzące barwami kule przywiezione przez naszych Rodziców z Niemiec, pod którą już czekały na nas prezenty wręczane przez Tatę”.

Samochód Stetysz z konstruktorem Stefanem Tyszkiewiczem i mechanikami, ok. 1926, fot. Autorstwa Nieznany – Ralf-Stetysz na internecie, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=50787845
Król stołu, czyli śledź
Autor sporo miejsca poświęca świątecznej gastronomii: „Stół na 12 osób był u nas zawsze przykryty śnieżnobiałym obrusem, ale tego wieczoru także bogato przybrany gałązkami świerkowymi. To była inna wieczerza niż zwykle, bo potrawy, zwykle po kolei podawane przez naszych służących, już na stole stały (…).
Była zupa migdałowa i grzybowa, choć kiedy byliśmy tylko we własnym gronie, mogła być nasza tradycyjna niedzielna zupa, rakowa. Jadaliśmy karpia po żydowsku i w galarecie (z warzywami), okonie serwowane z siekanym jajkiem, kulebiaka z rybą i cebulą, słodkawe kulki typu pączków z nadzieniem z kapusty, uszka grzybowe, makowiec z kandyzowaną pomarańczową skórką, strudla z suszonymi śliwkami, marcepanowe figurki, leguminy. U nas w Landwarowie, mimo że byliśmy posądzani o »prostactwo«, najważniejszy był… śledź”.
W domu, przy kominie
Mimo przywołanej wizji stołu na owych tuzin gości, dawne kresowe Wigilie były zazwyczaj kameralne. Wpływ miała na to aura – zimy bywały mroźne i śnieżne, a dotrzeć od majątku do majątku można było tylko karetą lub saniami. Do Wielkiej Wojny obowiązywał niepisany, ale powszechnie stosowany zwyczaj spożywania Wigilii, a także spędzania Uroczystości Bożego Narodzenia we własnych podstawowych rezydencjach.
O ile w okresie karnawałowym szlachta litewska, w tym Tyszkiewiczowie, spotykali się w Warszawie, Krakowie, Paryżu lub Caen, to przy wigilijnym stole zwykle zasiadali gospodarze pałacu, zamku czy dworu razem z dziećmi, w towarzystwie któregoś z wujów czy cioć, o ile zdecydowali się przyjechać z odległej wiejskiej miejscowości.
Staropolska tradycja
Spójrzmy na świąteczne menu XIX-wiecznych arystokratów. Mieszkająca na Litwie historyczka dr Liliana Narkowicz, badacza kresowych obyczajów i autorka tomu „Tradycje i obyczaje Wileńszczyzny w pracy pozalekcyjnej” dowodzi, że „wigilia jako święto religijne i mocno zakorzenione w rodzinach od pokoleń musiała być wyciszona, spokojna, skromna. Oczywiście, na stołach osób zamożnych i z wyższych sfer zawsze była ona okazała. Obżarstwo, jako jeden z głównych grzechów, było w Wigilię niedopuszczalne. Danie można było spróbować lub tylko napocząć, ale nigdy napychać się do syta”.
I dalej: „Do końca jedzono tylko zupę wigilijną podawaną na ciepło. Mnogość potraw stojących na stole miała zapewnić ich obfitość na nadchodzący rok. W pierwszym i drugim dniu świąt bożonarodzeniowych dziś dojadamy to, co nam zostało z Wigilii. Raz sprzątnięta ze stołu arystokratycznego potrawa nigdy już tu nie wracała. Wędrowała na tak zwany drugi stół dla oficjalistów i trzeci – służby dworskiej”.
Chłopi kluski, panowie rybkę
W kontekście twierdzeń dr Narkowicz staropolskie opisy wystawnych uczt, jak np. u Radziwiłłów, kiedy to szykowano na jedną wieczerzę 300 dzików, 500 kapłonów czy 700 antałów wina, niewiele mają wspólnego z wieczerzą wigilijną. Obżarstwo, w tym u Tyszkiewiczów, miało miejsce w Boże Narodzenie, czyli 25 i 26 grudnia. Wtedy zajadano się obficie kapłonami, kaczkami, bażantami i wszelką dziczyzną.

Pieczony bażant, fot. Autorstwa Ewan Munro from London, UK – Gunmakers, Clerkenwell, LondonUploaded by tm, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=24283436
Co do liczby potraw stawianych na wigilijnym stole, wobec rozbieżności świadectw, trudno wyciągnąć średnią. Stosunkowo często szlachcic pod względem majątku wyprzedzał niejednego arystokratę. Istniała również szlachta zagrodowa i szaraczkowa, natomiast liczba potraw zależała w pierwszej kolejności od stanu i zamożności konkretnego domu. O na stole na stole chłopskim najczęściej zjawiały się postne kluski, groch, fasola i kartofle w łupinach, „państwo we dworze” kontentowali się rybą i postnymi zupami.
Jedźcie paszteciki!
Druga połowa XIX stulecia była okresem, gdy do kresowych dworów i pałaców dotarła francuszczyzna. Jej ślady widać wyraźnie w obyczaju i menu Bożego Narodzenia. Do wigilijnego stołu zasiadano w strojach zamówionych z żurnali w paryskich domach mody – paryskie atelier były bowiem uważane za wzór godny naśladowania. Damy często zamawiały swoje stroje u francuskich krawców, a tamtejsza moda była symbolem statusu społecznego i dobrze widziana w salonach. Wśród panów królowały nowe kroje fraków i surdutów. Przebojem schyłku stulecia były kolorowe kamizelki i nierzadko kolorowe cylindry.
Zmiany zaobserwować można było także na stołach. Wspomniana przez hr. Tyszkiewicza-Łohojskiego zupa migdałowa to właśnie dowód na nowe gastronomiczne trendy, które błyskawicznie rozpowszechniły się na całych Kresach. Potwierdza to Aleksander Jełowicki, poeta, powstaniec a później pierwszy rektor Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu: „Stoły wysłane sianem, przykryte obrusem jak śniegiem. Na stole w ogromnych srebrnych misach polewka migdałowa, na srebrnych podstawach ogromne szczupaki”.
Do migdałówki serwowano często kolejną ciekawostkę z Francji – paszteciki, oczywiście postne, czyli z grzybami. Maria Ochorowicz-Monatowa, autorka popularnej „Uniwersalnej książki kucharskiej” pisała, że obecne były na wigilijnych stołach „niemal powszechnie”. Najstarsza restauracja w Wilnie – „Staro-Wileńska”, istniejąca od 1870 r. na ul. Wielkiej pod nr 8 – „wigilijne paszteciki w stylu francuskim” uczyniła wręcz swoim głównym daniem cateringowym.
Kłoda kontra kutia
Francuskie nowinki: pasztety, pieczyste nadziewane kasztanami, czy torciki, choćby popularna „bożonarodzeniowa kłoda” – Bûche de Noël, nigdy nie zdominowały jednak polsko-kresowego wigilijnego kanonu. Co więcej, na początku XX w., a później w okresie II Rzeczypospolitej, widać wyraźny powrót do tradycji. Historycy rodzimej gastronomii tłumaczą to renesansem kulinarnego patriotyzmu, związanym z odzyskaniem niepodległości w 1918 r.
To wtedy do łask wróciła np. kutia – potrawa z rozgotowanej pszenicy, maku, miodu i bakalii, którą większość wspominających owe czasy, choćby Melchior Wańkowicz w „Szczenięcych latach”, określała po prostu jako „niejadalną”. Trzeba uczciwie przyznać, że w kuchni francuskiej danie, które je się tylko z obowiązku, nigdy nie znalazłoby miejsca.

Bûche de Noël udekorowane bezami w kształcie grzybów kapeluszowych, fot. Autorstwa Kelly Sue DeConnick – originally posted to Flickr as Bûche de Noël, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=10268795
czytaj też: >>> Francuskie „wojny o żłóbki”: Béziers na pierwszej linii frontu, ale spór ogarnia cały kraj <<<
Dodaj komentarz